Czy można mieć wszystko, a jednocześnie czuć się samotnym?
Czasem słyszę, albo wyobrażam sobie, że ktoś mógłby powiedzieć: – Przecież masz wszystko. – Masz rodzinę. – Masz dom. – Nie martwisz się o pieniądze. – Dzieci są dorosłe i dobrze radzą sobie w życiu.
Więc... dlaczego nie jesteś szczęśliwa?
To pytanie wraca do mnie coraz częściej.
Bo jak wytłumaczyć komuś, że można mieć wokół siebie ludzi, a jednocześnie czuć się bardzo samotnym? Nie samotnym dlatego, że nikogo obok nie ma. Samotnym dlatego, że czasem ma się wrażenie, iż nikt nie dostrzega tego, co dzieje się w środku. Przez wiele lat starałam się być tą osobą, na której można polegać. Dbałam o dom, rodzinę, codzienne sprawy. Często łatwiej było mi zrobić coś sama, niż prosić o pomoc. Nie oczekiwałam wielkich podziękowań ani wdzięczności. Wydawało mi się, że tak właśnie wygląda miłość – troszczyć się o innych. Dzisiaj coraz częściej zastanawiam się, czy przy okazji nie nauczyłam wszystkich, że zawsze dam sobie radę. Że nie muszą pytać, czy mam jeszcze siłę. Patrzę na dom. Bałagan przeszkadza głównie mnie. Kiedyś od razu zabierałam się za sprzątanie. Dziś coraz częściej brakuje mi motywacji. Nie dlatego, że przestało mi zależeć. Bardziej dlatego, że zaczęłam zadawać sobie pytanie: dlaczego odpowiedzialność za wspólną przestrzeń tak często odczuwam tylko ja? Moje dzieci są dobrymi ludźmi. Potrafią okazać czułość i wdzięczność. Kiedy potrzebują pomocy, zwracają się do mnie z zaufaniem. Cieszę się, że nadal jestem dla nich ważna. Jednocześnie zauważam, że kiedy sama czegoś potrzebuję, nie zawsze potrafimy o tym spokojnie rozmawiać. Bywa, że spotykam się ze zniecierpliwieniem, niezrozumieniem albo emocjami, które sprawiają, że wycofuję się i znowu mówię sobie: „poradzę sobie sama”. Mój mąż mówi, że mnie kocha. Wierzę, że mówi to szczerze. Ale coraz częściej uświadamiam sobie, że każdy z nas inaczej rozumie miłość. Ja najbardziej odczuwam ją w codzienności. W tym, że ktoś zapyta, jak się czuję. Że zauważy moje zmęczenie. Że sam z siebie zrobi coś, co jest również jego odpowiedzialnością. Że poczuję się partnerką, a nie tylko osobą, która organizuje życie całej rodziny.
Może on swoją troskę okazuje inaczej. Może prezentem, planami na przyszłość albo przekonaniem, że skoro jesteśmy razem, wszystko jest w porządku. A jednak we mnie pozostaje poczucie, że czegoś bardzo ważnego brakuje. Mam pięćdziesiąt jeden lat. I coraz częściej zadaję sobie pytanie: Gdzie zgubiliśmy siebie? Nie: kto zawinił. Nie: czyja to wina. Ale właśnie: gdzie, po drodze, przestaliśmy naprawdę się widzieć? Czy wydarzyło się to wtedy, gdy po raz pierwszy przemilczałam swoje zmęczenie? Czy wtedy, gdy łatwiej było zrobić coś samodzielnie niż poprosić o pomoc? A może wtedy, gdy uwierzyłam, że dobra żona, dobra mama i dobry człowiek zawsze stawia siebie na końcu?
Nie znam odpowiedzi.
Wiem tylko, że takich historii jest więcej. Być może ktoś, kto czyta te słowa, również siedzi teraz w domu pełnym ludzi i czuje się niewidzialny. Może największa samotność nie rodzi się z braku obecności drugiego człowieka. Może rodzi się wtedy, gdy przestajemy czuć, że nasze myśli, potrzeby i emocje są równie ważne jak potrzeby tych, których kochamy.
🌾 Być może najtrudniej jest nie wtedy, gdy nikt nas nie kocha, ale wtedy, gdy przestajemy czuć się dostrzegani przez tych, których kochamy.
💬 Pytanie do Ciebie Czy zdarzyło Ci się kiedyś czuć samotność, mimo że wokół byli ludzie? Co pomogło Ci znów poczuć, że jesteś naprawdę zauważony lub zauważona?
Czasem nie potrzebujemy wielkich gestów. Wystarczy, by ktoś zauważył, że od dawna dźwigamy zbyt wiele sami.